Władysław Czerny - Myśli Zebrane

Władysław Czerny – Myśli Zebrane

W urbanistyce jest wiele mitów, które słyszymy na co dzień z ust tzw. „ekspertów”. Choćby takie jak „cenne tereny miejskie” (które skądinąd zajmowali działkowcy), „wysokie koszty uzbrojenia rozproszonych osiedli” lub niezbędne, strategiczne inwestycje dla miast, jakim jest np. metro w Warszawie. Z tymi i innymi mitami W. Czerny rozprawił się w swojej fantastycznej książce Architektura Zespołów Osiedleńczych. Ale nie tylko – nakreślił też wizje miast przyszłości – zdeaglomerowanych (rozproszonych), składających się z niskich, tanich domów zatopionych w zastanej (a nie z Castoramy) przyrodzie. Miast sprzyjających ekologi, zawiązywania relacji międzysąsiedzkich, bezwzględnie walczących ze spekulacją gruntową. Utopia?  Rachunek ekonomiczny i inne argumenty, które Czerny przedstawił w książce,  przekonują że takie miasta są nie tylko zdrowsze ale i oszczędniejsze niż te obecne. A był to rok 1972 (rok wydania). Dziś jest to jeszcze bardziej prawdziwe, przy rozwoju komunikacji, internetu i ekologi .

Długo zastanawiałem się czy tych przesłań Czernego nie przekazać własnymi słowami, kawałek po kawałku. Tak by mnie nikt nie posądził o kradzież praw autorskich. Zważywszy jednak, że książka jest trochę zapomniana i dostępna tylko w antykwariatach, to postanowiłem skopiować całe fragmenty. W ten sposób i najlepiej przekażę idee (samemu mógłbym jeszcze pogmatwać) i może uratuję je od całkowitego zapomnienia. Mam dużą nadzieje, że kiedyś w końcu trafią one do szerszego grona odbiorców a W. Czerny odbierze zasłużone laury jako wielki wizjoner.  Tego mu bardzo życzę.

Wybrane fragmenty książki Architektura Zespołów Osiedleńczych. Nagłówki i podsumowania – słowa własne. Reszta – W.Czerny

*

Wpasuj się w teren i istniejącą zieleń

Komplikacje ukszałtowania osiedla wynikające z rzeźby, natury i zazielenienia (zadrzewienia) terenu, z doboru właściwej orientacji budynków ze względów widokowych i krajobrazowych, z różnorakiej struktury mieszkaniowej, z całości funkcyjnej życia miejskiego – są tak znaczne i trudne do opanowania dla myślącego projektodawcy, że nie należy się tu skarżyć na monotonię. Trzeba oczywiście przestawić się na ujęcie zespołowej koncepcji całego osiedla, a nie na plastyczne komponowanie poszczególnych domów jako elementów lokalnych. (120)

Wszechstronne zbadanie środowiska, w którym projektuje się osiedle, pod względem jego fizjografii, stanu zainwestowania i warunków życia człowieka jest oczywistą koniecznością. Nie należy jednak wyników tych badań traktować jedynie jako załączników do ,,dokumentacji”. Trzeba – co nie zawsze bywa w praktyce – umieć czytać stan terenu przedstawiony w badaniach i uczynić go podstawą kompozycji krajobrazowej. Niestety często zdarza się wykonywanie projektów zupełnie nie związanych z tymi studiami pod względem kompozycyjno – krajobrazowym. Przepisowe opracowanie graficzne projektu przy użyciu kryjących barw zaciera oznaczenia istniejącego stanu fizjograficznego, którego śladu nie można zupełnie odczytać z kompozycji, przedstawionej w tępych figurach. Najszkodliwsze jest przy tym schematyczne krajanie terenu na nieorganiczne, geometryczne skrawki, przypominające zszywane z gałganków kilimki. Granice tych skrawków krają często brutalnie rzeźbę terenu, czynią z planu geometryczną abstrakcje, daleką od widzenia krajobrazu przez człowieka chodzącego po terenie, patrzącego „nie z lotu ptaka”, ale perspektywicznie i odczuwającego bezpośrednio naturę gleby i życie na niej istniejące.

Nie docenia się niejednokrotnie walorów kompozycyjnych nawet najmniejszych zjawisk fizjograficznych: choćby zupełnie nieznaczne grzbiety, lub „małowartościowe” zadrzewienie, krzaki stanowią doskonałe motywy podstawowe do rozwinięcia kompozycji plastycznej krajobrazu, podziału terenu i rozmieszczenia w nim budynków.

Najwłaściwsze kompozycje stanowią raczej rozwinięcie istniejącego stanu zgodnie z jego naturalnymi prawami życia i rozwoju. Lekceważenie fizjografii terenu prowadzi zawsze do dysonansów z otoczeniem, daje realizacje kosztowne w utrzymaniu i nietrwale, powoduje niszczenie całego stanu istniejącego i odwleka rozwój zieleni na daleką przyszłość.

Tylko układy potęgujące widokowo deniwelacje terenu, zaznaczające jego krzywizny i spadki wyłamują się należycie z monotonii schematyzmu, z antyorganicznego rozbicia. Bardzo doniosłym czynnikiem jest skala krajobrazu, umiejętność należytego dostosowania się do niej. Najczęstsze błędy wynikają z chęci uzyskania wrażenia wielkości poprzez stosowanie w kompozycjach wielkich elementów, podczas gdy w istocie zmniejszają one wrażenie wielkości całego zespołu. Typowy banał zdradzający brak wyczucia skali to np. sytuowanie wysokich budynków na górze, pagórku lub wzniesieniu; budynki takie bowiem pomniejszają skalę wzniesienia. Przeciwnie, raczej budynki o postaci rozległego zwieńczenia, wyraźnie niższe niż wzniesienie, podnoszą skalę deniwelacji. Nie osiągnie wyrazistej kompozycji architekt, który deniwelacje terenu uważa za przeszkody kompozycyjne.

Układ zgodny z prawami natury rozrastający się w terenie, jak gałęzie drzew lub jak cieki wodne, nie tylko podkreśla i wzbogaca walory krajobrazu, ale zarazem jest zawsze technicznie najracjonalniejszy i najoszczędniejszy w budowie i eksploatacji. Odpowiada on zarazem wymaganiom zdrowotnym w dziedzinie doboru najwłaściwszych terenów do zabudowy mieszkaniowej i dla zachowania swobodnego spływu wód i zimnego powietrza. Chodzi tu zarazem nie tylko o rozpoznanie i zadokumentowanie fizjograficznego stanu istniejącego, lecz o fizjotaktykę, tj. umiejętność wzmożenia żywotności przyrody, polepszenia warunków biologicznych dla przyszłych mieszkańców. Do tego celu służą np. zasłony przeciw uciążliwym wiatrom, oraz kształtowanie układów zapewniających odpowiednie przewietrzanie osiedli, wymianę powietrza między terenami zabudowanymi i terenami zielonymi, dzięki odpowiedniej ich strukturze i proporcji wzajemnego przenikania, wreszcie niedopuszczenie do takiego sposobu zabudowania i zabrukowania terenu, który wytworzyłoby środowisko wielkomiejskiej pustyni kamiennej. Właściwe decyzje w tej dziedzinie są osobnym działem biourbanistyki, która opierać się musi na szeregu specjalności naukowych fizjograficznych i biologicznych oraz na ścisłej współpracy higienistów profilaktyków. (129-130)

 

Zniszczenie krajobrazu chaotyczną zabudową – rys. W. Czerny s. 129

*

Jak uniknąć monotonii nowych miast i dzielnic?

Często stawiane pytanie: „jak uniknąć monotonii nowych miast i dzielnic”? wynika ze stosowania błędnej, schematycznej typizacji, dostosowanej do jednej technologii nie odpowiadającej różnorakim potrzebom funkcjonalnym. Natomiast powtarzalność i typizacja nawet budynków seryjnych współczesnego budownictwa w zestawach należycie dobranych do potrzeb użytkowników, do terenu i czasu realizacji nie tylko nie utrudnia, ale nawet ułatwia uzyskanie pięknych, jednolitych zespołów urbanistycznych. Uwalnia ona jednocześnie od szarzyzny przypadkowych, sztucznych odmian budynku, wynikających z fałszywego sentymentalizmu ich urozmaicania. Typ powtarzalny musi mieć zresztą znacznie wyższy standard doskonałości formy, niż dorywcza, indywidualna, ,,mniej ważna” realizacja.

Komplikacje ukszałtowania osiedla wynikające z rzeźby, natury i zazielenienia (zadrzewienia) terenu, z doboru właściwej orientacji budynków ze względów widokowych i krajobrazowych, z różnorakiej struktury mieszkaniowej, z całości funkcyjnej życia miejskiego są tak znaczne i trudne do opanowania dla myślącego projektodawcy, że nie należy się tu skarżyć na monotonię. Trzeba oczywiście przestawić się na ujęcie zespołowej koncepcji całego osiedla, a nie na plastyczne komponowanie poszczególnych domów jako elementów lokalnych.

Sztuczność nowego osiedla może wyniknąć tylko ze sztucznej dekoracyjności układu przy braku dojrzałego zrozumienia różnorakich istotnych czynników kształtujących osiedle.

Prawdziwe niebezpieczeństwo monotonii wynika z wyłącznego stosowania typu ciężkiej mechanizacji budownictwa, z dużymi dźwigami, o sztywnym prowadzeniu, nie mogącymi pracować na spadkach i powodującymi swoimi torowiskami zupełną dewastację istniejącej szaty roślinnej. Obecny zaś system projektowania osiedli z mechanicznie zestawionych „typowców”, w którym twórczość architektoniczna zastępuje się niejednokrotnie buchalterią, a wygoda technologiczna wykonania planu przedsiębiorstwa budowlanego jest ważniejsza niż krajobraz osiedla i jego mieszkaniec, uderza pseudo-ekonomicznymi założeniami w podstawy kultury architektonicznej. (119-120)

Pierwszorzędne znaczenie dla krajobrazu osiedla stwarzającego przychylny, ludzki nastrój środowiska,ma kompozycja plastyczna osiedla, nie sprzeczna z prawami przyrody. Domów mieszkalnych nie należy stawiać na splantowanym spychaczami wygonie, należy je wkomponowywać w istniejące walory krajobrazu tak, jak tego przykład mamy we wspomnianym już londyńskim Roehampton, gdzie wśród starego wspaniałego zadrzewienia stanowiącego zabytek przyrody rozmieszczono wieżowce i domy szeregowe bez narażenia wegetacji, rzeźby terenu i nawierzchni gleby. (178)

Podsumowanie: rzeźba terenu, natura, zadrzewienie terenu powinny być motywem przewodnim projektowania osiedli. Zestawy podobnych budynków zamiast typowców (katalogowców z internetu współcześnie).

*

Choroby przewlekłe – plaga dzisiejszych miast

Każda epoka i każde środowisko stwarza swoje charakterystyczne dla nich choroby, wynikłe z fizycznych cech środowiska, stosunków społeczno-ekonomicznych, rodzaju pracy, warunków mieszkaniowych itp. im szybsze są zmiany dotyczące tych czynników, tym szybciej zmieniają się konfiguracje chorób najgroźniejszych dla danej społeczności. Analiza zmian jakie zaistniały na przykład w USA na przestrzeni lat 1900-1955, w statystyce przyczyn zgonów wykazuje przede wszystkim, jako cechę charakterystyczną zanik chorób zakaźnych, a nawet gruźlicy (z tej grupy chorób została tylko grypa), miejsce ich zajęły choroby niezakaźne i przewlekłe choroby serca, rak i wylewy mózgowe, które zajmują trzy pierwsze miejsca i powodują 2/3 zgonów. W tych chorobach czynnik biologiczny jest często nie najważniejszy. Złożone przyczyny wiążą się tu ze społeczną (a nie biologiczną) istotą człowieka i ze społeczną (a nie biologiczną) komponentą jego środowiska zewnętrznego. Omawiane dane o umieralności nie uwidaczniają dostatecznie wagi schorzeń przewlekłych, które rzadko bywają przyczyną śmierci (chodzi tu głównie o zaburzenia psychiczne a zwłaszcza o psychonerwice).

Przyczyny tych chorób tkwią więc w poczynaniach człowieka w stosunku do środowiska, pozornie tylko mających działać dla jego potrzeb. Nadmierne przywiązywanie wagi do ułatwień i komfortu może wywołać pośrednio zmiany dziedziczne, obniżające zdolność do przeciwstawienia się zagrożeniom biologicznym. Brak osobistego i bezpośredniego udziału w procesie tworzenia przedmiotów, które go otaczają, osłabia stosunek człowieka do fizycznego otoczenia. Niezaspokojenie biologicznej potrzeby bezpośredniego tworzenia swego środowiska rodzi często uczucie rozpaczy, zobojętnienia i nudę manifestującą się stopniowo różnymi formami eskapizmu takimi jak alkohol, narkotyki, aż po samobójstwa. Żywiołowe zmiany w środowisku nie dostosowane do ludzkich możliwości adaptacyjnych zrodziły choroby z przystosowania – takie jak wysokie ciśnienie krwi, choroby serca i naczyń krwionośnych, choroby alergiczne i choroby z nadwrażliwości, zaburzenia seksualne, choroby przemiany materii i zaburzenia odporności w ogóle. Żadna wprawdzie z tych chorób nie jest spowodowana wyłącznie złym przystosowaniem, ale każda jest nim uwarunkowana. Rak jest skutkiem promieniowania wielu substancji, otaczających nieustannie współczesnego człowieka, od promieniowania słonecznego poprzez wiele pochodnych węglowych do składników i produktów ziemi. Dymy i mgły, tzw. z angielskiego smog (smoke + fog) powodują ostre zapalenia błon śluzowych i prowokują wiele innych chorób a szczególnie chorób serca. (140)

Podsumowanie: choroby przewlekłe jako rezultat nadmiernego przywiązywania wagi do ułatwień i komfortu a także hałasu, spalin, przebywania w środowisku obcym naturze człowieka. Brak wpływu na otaczające środowisko rodzi uczucie rozpaczy, zobojętnienia i nudę.

 

*

Jak bardzo zależymy od ludzi którzy nas otaczają

Karta Ateńska zaznacza również — we właściwy sobie sposób opisowy, — wpływ otoczenia na osobowość: „Równiny, doliny, pasma górskie, kształtu ją wrażliwość i determinują umysłowość człowieka… wpływają na działania ludzkie i znajdują swój wyraz w budynku, wsi i mieście… Osamotniony człowiek czuje się bezbronny, dlatego wiąże się samorzutnie z grupą ludzką… wcielony w zbiorowość czuje ciążący przymus nieuniknionej dyscypliny. W zamian za to jest zabezpieczony w pewnej mierze przeciw napaściom, chorobie, głodowi. Może myśleć… o zaspokojenia głębokiej potrzeby życia społecznego, stając się twórczym członkiem społeczności, która go podpiera, współpracuje wprost, lub pośrednio z tysiącem zagadnień zapewniających mu życie fizyczne i rozwijających życie duchowe… wolność jest jedynie ograniczona w tym zakresie, poza którym mogłaby grozić wolności bliźniego.

Jeśli działania zbiorowości są rozsądne, życie jednostki rozwija się… jeśli lenistwo, głupota i egoizm biorą górę… zbiorowość zdana na łaskę nieporządku… przynosi tylko poczucie rywalizacji, nienawiści i rozczarowania”.

Plan – (osiedla) jest mądry, kiedy pozwala na owocne współdziałanie, zachowując do maksimum wolność osobistą… Duch miasta tworzył się z biegiem lat 5 zwykłe budynki nabrały wiecznych wartości, w miarę jak symbolizują ducha wspólnoty. Są one trwałym pierwiastkiem tradycji, która bez ograniczania przyszłego postępu warunkuje kształtowanie się jednostki, tak jak warunkują ją: klimat, kraina, rasa i zwyczaje. Ponieważ miasto jest małą „ojczyzną” posiada wartość duchową nierozerwalnie z nim związaną”. Ten opis istoty osiedla otwiera całe krainy myśli, w przeciwieństwie do suchych definicji, które są skostniałym ograniczeniem pojęcia – iam nihil plus. (142)

Podsumowanie: Człowiek zawsze wiąże się z jakąś grupą ludzi (lub jest w niej osadzony). Grupa zdana na łaskę nieporządku przynosi rywalizację i rozczarowanie. Grupa połączona duchem wspólnoty daje człowiekowi bezpieczeństwo, zaspokojenie potrzeby życia społecznego, rozwój fizyczny i duchowy.

*

Jednostka, która traci kontakt z przyrodą, płaci za to chorobą i upadkiem

W drodze jednak od układów naturalnych do układów absolutnych nie wolno zatracić warunków biologicznych. Wszelkie przedsięwzięcia sprzeczne z prawami przyrody, które nie wzmagają jej żywotności, ale idą wbrew jej prawom, są drogą śmierci, zmierzają ku zagładzie.

Karta Ateńska tak to ujmuje: ,Jednostka (indywidualna lub społeczna przyp. autora), która traci kontakt z przyrodą, płaci za to zerwanie chorobą i upadkiem. Zerwanie tego kontaktu osłabia jej ciało i wrażliwość duchową, zepsutą przez iluzoryczne radości życia miejskiego”. I człowiek jest elementem przyrody wymagającym dla siebie właściwych warunków życia. Jest jednak zarazem też siłą przyrody, która musi utrzymać się we właściwej proporcji do innych sił przyrody. W zachowaniu tej równowagi leży podstawowe prawo kształtowania racjonalnego systemu osiedlenia. (144)

*

„Cieplarniane” warunki miejskie nie służą człowiekowi – miasto i wieś muszą się połączyć w jedność

Zweig, znękany nastrojem gorączkowej odbudowy powojennej – podczas pewnej narady literatów, jako przyczynę nie dość intensywnej twórczości podał: „brak nam wytchnienia”. W wytchnieniu, wymagającym przestronności układów osiedleńczych, leży przyszłość twórczej kultury ludzkości. Gwałtowny rozwój możliwości komunikacji łączności w ostatnich dziesięcioleciach i latach rozsadza dawne, zwarte układy. Biegunowa deglomeracja osiedlenia jest zasadniczym kierunkiem postępu.

Porzućmy cieplarnie dla ludzi ze sztucznym klimatem, odrzućmy komfortowe klatki masowe, podobne do zbudowanych w Marsylii i Berlinie.

Człowiek uzbrojony we współczesne środki komunikacji i i łączności powróci znów do przyrody i otwartego krajobrazu. Osiedla rolne powinny się uprzemysłowić, a w miasta niechaj przenikną ogrody uprawne, role i łąki. Mieszczanin niech nie biegnie tłumnie, jedynie na sobotni odpoczynek ku kwitnącej przyrodzie, a rolnik powinien sobie przyswoić dobre wartości kultury miejskiej. (145)

*

Przy gęstym zaludnieniu powierzchnie niezabudowane stają się wyłącznie obszarami komunikacyjnymi, miejscem na śmietniki i parkowanie

Należy zwłaszcza odrzucić zasadę zwartości i gęstości zabudowy miasta, która czyni z jego krajobrazu pustynię kamienna, ozdobiona co najwyżej anemiczną zielenią „dekoracyjną”. (119)

Najpospolitsze jest przekonanie, że przez odpowiednie spiętrzenie zabudowania mieszkaniowego można uzyskać dowolne zagęszczenie zaludnienia terenu przy „idealnych” warunkach biologicznych. Wielu nawet rokuje sobie po takim spiętrzeniu budynków mieszkaniowych wielokrotne zmniejszenie obszarów miast i uzyskanie w ich obrębie całych prerii zieleni przechodzących swobodnie pod budynkami stojącymi na słupach. Jest to doprowadzona do absurdu koncepcja Le Corbusiera, który swoimi hasłami usiłował wstrząsnąć zaśniedziałym stanem mieszczańskich poglądów zarówno tak zwanych ludzi interesu, jak i władz, zmusić ich do myślenia. Głównym chwytem propagandowym tych koncepcji była obietnica podniesienia wartości i dochodowości miejskiej zabudowy przez zastąpienie zagęszczonego i ciemnego zabudowania niskiego (W 4-1-5 kondygnacji) zabudowaniem o kilkudziesięciu kondygnacjach, mającym „idealne” warunki naświetlenia i nie zajmującym wcale terenu (na pilotach), a nawet powiększającym jeszcze obszar terenu o około 10% w postaci tarasów dachowych. I mieszczaństwo połknęło ten haczyk. Nie przebudowało wprawdzie w ten sposób fatalnych, antysanitarnych dzielnic Paryża ani żadnego innego miasta, ale -doszło do wniosku, że jego „cenne tereny miejskie” można o wiele zyskowniej zabudować, i to całkiem „moderne”, stawiając odpowiednio dużo i gęsto wieżowców mieszkaniowych. Spodziewali się i spodziewają się nadal, że w ten sposób można zmniejszyć obszar- zainwestowany miast proporcjonalnie do liczby kondygnacji.

Ale chciwość daje zawsze zbyt kusy rachunek. Z rachunku tego wypadły potrzeby terenowe niezależne od wysokości zabudowania. Przestrzeń między budynkami jest bowiem konieczna nie tylko dla zapewnienia „idealnych” warunków naświetlenia mieszkań, ale także dla zaspokojenia „przyziemnych” potrzeb każdego mieszkańca, które znów są proporcjonalne do ilości użytkowników, a nie są zależne od liczby kondygnacji. Do tych zaś przyziemnych potrzeb należy komunikacja piesza, kołowa, postoje, minimum zieleni, abyśmy nie mieszkali w pustyni kamiennej – a to nie jest wcale mało. (154)

W związku ze wzrostem poziomu kultury życia należy się liczyć ze znaczną intensyfikacją gospodarki ogrodniczej w miastach, która prócz funkcji żywicielskich, ma duże znaczenie wychowawczo-społeczne dla spędzania czasu wolnego, dla rozwoju fizycznego, oraz zamiłowania do współżycia z przyrodą. (158)

Przy bardzo gęstym zaludnieniu powierzchnie niezabudowane na terenach mieszkaniowych tracą wszelką użyteczność rekreacyjna, stają się wyłącznie obszarami komunikacyjnymi, miejscem na śmietniki i parkowanie, nie ma już w ich obrębie miejsca na zieleń. (175)

 

Houston – wszechobecne parkingi – fot. ecoplan.org

 

*

Ogródek-dziedzińczyk przydomowy dla każdej rodziny

„Potrzebą podstawową rodzin dzietnych – ze względu na użytkowanie mieszkań przez całą dobę (praca gospodarska, nauka, wypoczynek i zabawa dzieci) – jest rezerwa przestrzenna mieszkania, którą może zapewnić ogródek-dziedzińczyk przydomowy. (..) Ten dziedzińczyk-ogródek stanowi nie tylko powierzchnię rezerwową mieszkania, odpowiednią dla niektórych czynności gospodarskich, ale i miejsce przebywania małych dzieci w otwartej przestrzeni zielonej, bezpośrednio pod okiem starszych, wreszcie miejsce do pracy, werandowania itp. Przy ograniczonym czasie wolnym dorosłych osób, nie pozwalającym na odbywanie z dziećmi dłuższych przechadzek, ten bezpośredni wybieg z mieszkania jest szczególnie ważny. Ta przyzba – ogródek powinna mieć bezpośrednie połączenie piesze (bez kolizji z jezdniami) z placykami wspólnej zabawy dzieci, z boiskami małego sportu, ogrodem osiedlowym, przedszkolem, szkołą, a nawet, jeśli to tylko możliwe, z ścieżką wiodącą w otwartą przestrzeń (łąki, pastwiska, lasy, pola uprawne, ogrodnictwa) znajdujące się…” w pobliżu.

„Taki organiczny układ mieszkań w stosunku do zieleni zapewnia w wychowaniu dzieci, w miarę ich dorastania, stopniowe rozszerzanie się ich obszaru życia, począwszy od przydomowej przyzby-ogródka, do wspólnych urządzeń dla dzieci i młodzieży, kształcących w współżyciu społecznym i znajdujących się pod społecznym nadzorem”. Przy nadzorze zaś najmłodszych dzieci bawiących się tuż za drzwiami oszklonymi, wiodącymi z pokoju dziennego do owej „zielonej izby”, ten system zamieszkania zaoszczędza wiele trudu i troski gospodyni domu – matce.

„Dla dorosłych zaś układ ten daje najkorzystniejsze warunki regeneracji biologicznej” – integracji ich sił – ,,zwłaszcza po pracy przemysłowej i biurowej, począwszy od wytchnienia; na własnej przyzbie, przez pracę w ogródku lub grę sportową w najbliższym sąsiedztwie domu, aż do przechadzki w otwarty krajobraz”. (164)

[Zobacz: Alexander: 68. Połączona zabawa ]

*

Krytyka wielkich miast i neonomadyzmu ich mieszkańców

Objawem megalopolitalnego oderwania się mieszczanina od czynnego współżycia z przyrodą i gospodarką uprawną jest jego kontakt ograniczony tylko do sentymentalizmu zieleni doniczkowej i blichtru nielicznych parków, albo do gwałtownych wypadów pozamiejskich, których skutkiem są kataklizmy komunikacyjne, sobotnie i wczasowe. To są objawy skrajnego głodu przyrody, przy równoczesnym zatraceniu wszelkich obyczajów współżycia z jej charakterem i prawami. Największe nawet powierzchnie zieleni towarzyszącej, bezużytecznej pod względem uprawnym, w zabudowie wysokiej (z reguły zresztą za małe) są tylko bardzo słabą i kosztowną namiastką bezpośredniego kontaktu mieszkań z przyrodą.

(…)

Podnoszone przez Le Corbusiera tendencje neonomadyzmu* współczesnego człowieka nie są objawem postępu, ale symptomem choroby społecznej, toczącej społeczeństwo wielkomiejskie, zdegenerowane przez antybiologiczne warunki miasta. Ten mieszczanin oderwany od wszelkiej więzi ze środowiskiem naturalnym, fizjograficznym zatraca instynkt własnej siedziby, kulturę mieszkania i zastępuje je reklamową ekstrawagancją zmiennej sezonowej „komórki mieszkalnej” w wielkim ulu „super-jednostki”. (172)

 

*) Jednym ze znaków czasu jest neonomadyzmu w krajach wysokorozwiniętych – w piątkowe i niedzielne wieczory na ulicach robi się tłoczno od samochodów, całe rodziny przenoszą się z miejsca w miejsce zamiast w spokoju pobyć we własnym mieszkaniu. Dom nie jest dla człowieka wytchnieniem, gdzie odczuwa, że wreszcie żyje, lecz stanowi jeden z elementów nieprawdziwej codzienności. [Josepha Ratzingera teologia urlopu]

*

Zieleń za daleko jest nieużywana

Trzeba tu jeszcze raz wspomnieć, że zieleń położona dalej niż 200 m od domu (..) jest słabo przez mieszkańców użytkowana. Dlatego nie należy się nigdy pocieszać tym, że w większej odległości od zwarto i rozlegle zabudowanego osiedla znajduje się na przykład duży park. Jeśli jest on oddalony od osiedla o 1000 m, a nawet tylko 500 m, to bardzo słabo bywa użytkowany na codzienną rekreację. Im mniej się go użytkuje, tym jego efektywność ekonomiczna jest słabsza; a więc nakłady na urządzenie i utrzymanie są gorzej wykorzystane.

(176)

*

O potrzebie zarządzania wspólnym terenem

Chodzi więc o nastrój-klimat „mieszkalny” osiedla, który by sprzyjał powstawaniu emocjonalnego przywiązania mieszkańca do „jego osiedla”, aby je odczuwał jako „swoje kąty”, swoją „mikro-ojczyznę”, w przeciwieństwie do zdezintegrowanych społecznie, amorficznych i anonimowych masywów mieszkaniowych, w których jednostka zatraca niejednokrotnie swoją osobowość w tłumie.

W poprzednich rozdziałach starałem się uzasadnić tezę iż nie ma żadnych przeszkód technicznych, ani ekonomicznych, abyśmy budowali osiedla zapewniające konieczne do życia warunki, to jest aby mieszkaniec rozporządzał w nich nie tylko przepisanym metrażem, ale i właściwą organizacją przestrzeni mieszkania, jego otoczeniem i niezbędną przestrzenią biologiczną, aby między innymi w promieniu maksimum do 200 m od mieszkania rozporządzał najbliższą powierzchnią rekreacyjna, zieloną, aby w odległości 500-1000 m mógł osiągnąć otwarte przestrzenie uprawne, błonia, pastwiska, łąki, ogrody, sady i lasy. W ten sposób człowiek w mieście może powrócić do współżycia z przyrodą i jej klimatem, do współżycia z ziemią uprawną. Tereny uprawne, zagospodarowane mają znacznie wyższą wartość rekreacyjną i wychowawczą od deficytowych pod względem gospodarczym, dekoracyjnych skwerów.

Pogardliwie przeciwstawienie blichtru wielkomiejskiego wiejskiemu współżyciu z przyrodą jest przejawem kompleksu niższości. Rozwijające się i upowszechniające środki komunikacji i łączności rozbijają dawną zaporę między wsią a miastem. Tej niwelacji warunków musi służyć forma współczesnej struktury osiedli. (177)

Myśl o podziale terenów mieszkaniowych na jednostki strukturalne, złączone więzią socjalną, była zrozumiałą reakcją przeciw bezpostaciowemu kształtowaniu zwalisk domostw w mieście industrialnym, gdzie spotkanie ludzi jest niejednokrotnie wzajemną kolizją, często rywalizacją nie współżyciem. (180)

*

Front budynku nie jest od ulicy

Często spotykamy się z terminem „zaplecze” budynków mieszkalnych i słyszymy o ich „froncie” ulicznym. Te pojęcia wymagają gruntownej rewizji.

Gdzież jest front budynku? Oczywiście – jeśli chodzi o mieszkańców, a nie o czczy blichtr – jest to strona zwrócona ku światłu, ku widokowi możliwie jak najbardziej otwartemu, lub choćby ku ożywionej przyrodzie. Najczęściej będzie to strona skierowana ku zieleni, a więc przeważnie przeciwna frontowi ulicznemu.

W dzisiejszych osiedlach ulica powinna stanowić zaplecze gospodarskie, od którego odwraca się budynek mieszkalny, tam bowiem znajduje się zaplecze komunikacyjne domu, tam powinny się mieścić garaże, śmietniki (aby je można było jak najłatwiej wywieźć, aby zawsze znajdowały się pod naoczną kontrolą czystości). Należy raz na zawsze zerwać z osiemnastowiecznym pojęciem odulicznej „reprezentacji” i ,,wstydliwego”, brudnego zaplecza na tyle budynku. Racjonalnie organizowane zaplecze uliczne wymaga najstaranniejszej opieki i kontroli sanitarnej i porządkowej, dlatego nie może być niczym zasłonięte. Takie zasłanianie polega na założeniu z góry, że zaplecze musi być brudne. Oszczędzanie na wywożeniu i usuwaniu brudów to typowa ekonomika ludzi minionej epoki. Przy dzisiejszym stanie techniki nie powinno być brudnych podwórek, ani graciarni; nawet odpadki powinny być segregowane, jako ponowny surowiec.

A więc ulica jezdna to dla współczesnego człowieka kanalizacja komunikacyjna terenu, od której on się odwraca, szuka w domu spoczynku i ciszy, nie zwraca ku ulicy swoich głównych izb mieszkalnych.

Front domu i szerokie jego otwory skierowane są ku zieleni wewnętrznej, ku słońcu, w stronę zielonego obszaru stanowiącego wspólnotę współżycia socjalnego osiedla. Wyraz zewnętrzny takiej architektury zbudowanej nie na pokaz dla przypadkowego przechodnia, tylko dla jej mieszkańców, jest rzetelny, mieszkalny, ludzki. (177)

 

„Mister” stojący „reprezentacyjnie” frontem balkonowym do zadymionej spalinami i hałaśliwej ulicy o klimacie kamiennej pustyni. Fot. W. Czerny s.177

 

Podwórka od zaplecza – fot. podwórka.pl

*

Wspólnoty przeszłości – zaglądanie ludziom do garnka

Wiele działań wynika z przypadku dającego dodatnie lub ujemne szanse, gdzie instytucje i usługi rozmieszczają się koniunkturalnie nie strukturalnie. Człowiek w tłumie jest sam bez znaczenia, jeśli nie stanie się reklamowanym ewenementem koniunktury. Pod względem więc społecznym to miasto jest chaotycznym zbiorowiskiem, nie dającym się należycie objąć zmysłami, skądś dyrygowanym i zarządzanym, ale poza bezpośrednim związkiem z jednostką ludzką, poza możliwością bezpośredniej jej ingerencji i współdziałania.

Koncepcja Perry’ego wywodzi się niewątpliwie z dawnego parochialnego ustroju społeczeństwa anglosaskiego, w którym zespół parafian w swojej lokalnej strukturze autorytetów tworzył decydującą opinię publiczną we wszystkich sprawach miejscowych, wszystkim znanych i znajdujących się pod taką stałą kontrolą. Niewątpliwie rację mają ci, którzy krytykują tę starą parafiańszczyznę z zaglądaniem ludziom do garnka i wtrącaniem się natrętnie w prywatne zakątki sumienia, uczuć i poglądów. Charakter tej wspólnoty należy niewątpliwie do przeszłości, do systemu przywiązania człowieka do miejsca, z którego nie oddalał się na krok, chyba że na jarmark, który był periodyczną klapą bezpieczeństwa w tym systemie społecznego nadzoru, gdzie mógł zginąć w tłumie obcych i znaleźć odprężenie w gwarze i ruchu, po parafialnym spokoju.

Oczywiście dzisiejsza ruchliwość ludzi, którzy niejednokrotnie w ciągu każdego dnia odbywają do pracy i z powrotem ową dawniej niebezpieczną podróż, zmieniła zupełnie warunki życia. Dawniej tylko wybitne jednostki umiały się wyrwać z getta swojej parafii. Dziś stała oscylacja ludzi pracujących między miejscem zamieszkania a miejscem pracy zmieniła zupełnie strukturę życia spędzanego w dwu przeciwstawnych środowiskach, gdzie środowisko pracy – współpracy i kontaktów stałych i zmiennych – staje się często dominującym nad środowiskiem „sypialnego” zamieszkania. W ten sposób powstaje więź drużyny roboczej, związanej jednym celem funkcjonalnym i częstokroć tymi samymi kwalifikacjami i zainteresowaniami zawodowymi.

*

Teoria pustki Groenmana czyli gadka-szmatka zamiast prawdziwych relacji międzysąsiedzkich

Na tle tych zasadniczych zmian społecznych obecnej epoki w stosunku do wielowiekowej przeszłości należy spojrzeć na przeciwstawną koncepcjom Perry’ego teorię pustej strefy holenderskiego socjologa S. Groenmana. Według niego właściwie nie istnieje już dążenie do współżycia osiedlowego, przyjaźnie zawiera człowiek w swoim środowisku pracy lub przeżyć kulturalnych; psychicznej i fizycznej więzi społecznej szuka raczej w wielkich środowiskach centralnych i w urządzeniach masowych, poza swoim sypialnym siedliskiem, maksymalnie odseparowując się od obojętnych i obcych sąsiadów, których wgląd w jego sprawy prywatne jest dlań zupełnie niepożądany. Nowoczesny komfort techniczny oraz powszechne urządzenia i usługi zastępują mu wścibską „pomoc sąsiedzką”.

Te tendencje, mające silne podłoże w obecnej strukturze bytowania człowieka, będące zarazem reakcją przeciw niedyskretnemu narzucaniu się sąsiadów, dotyczą jednak przede wszystkim ludzi w wieku produkcyjnym, którzy znajdują zaspokojenie swoich pragnień uznania społecznego właśnie w środowisku zawodowym, lub w środowisku swoich klientów poza miejscem zamieszkania. W miejscu natomiast zamieszkania szukają raczej prywatnego tylko oddźwięku emocjonalnego, bezpieczeństwa przed ingerencją konwencjonalną przypadkowych sąsiadów, z którymi nic ich nie łączy, a którzy używając słów Syrokomli – ,,czapką, papką i szkapką, solą, wolą i dolą ludzie ludzi niewolą”. Stąd dążność do anonimowości bytowania w osiedlu.

Oczywiście i to jest dziedzina wychowania społecznego, które powinno ludzi we współżyciu oduczyć natrętnej, gwałcącej, obleśnej, nieproszonej, wścibskiej pomocy, dorady i pouczania, a powinna nauczyć poszanowania indywidualnej osobowości bliźniego i nie widzenia jego spraw, nie interesowania się nimi. Ta socjalna „znakomita izolacja” jest zasadniczym warunkiem wolności osobistej poczucia społecznego bezpieczeństwa; wtedy ucieczka od sąsiedztwa i tworzenie wokół siebie pustej strefy, jakby zasłony dymnej, nie będzie potrzebne. Wychowanie ludzi w tym kierunku jest tym konieczniejsze, w im większym żyją stłoczeniu. W stłoczeniu bowiem wszyscy są sobie przeszkodą i starają się oddzielić od otoczenia, aby być sobą.

*

Sąsiedztwo w znaczeniu współczesnym polega na współgospodarowaniu osiedlem

Postulat społecznego wychowania w tej dziedzinie jest niewątpliwie pierwszą poprawką do teorii pustej strefy. Drugą jest uwaga, że współżycie sąsiedzkie nie ma nic wspólnego z przyjaźniami, podobnymi zainteresowaniami zawodowymi, lub innymi, których środowiska mieszczą się poza osiedlem. Sąsiedztwo w znaczeniu współczesnym powinno polegać na społecznym współgospodarowaniu współobywateli i współmieszkańców własnym osiedlem. Ta obywatelska aktywność w gospodarowaniu i utrzymaniu swojego najbliższego otoczenia w zakresie wspólnych urządzeń usługowych powinna być podstawą należytej gospodarki komunalnej. A zagadnienia wspólne, osiedlowe, wymagające sąsiedzkiej współpracy społecznej są szczególnie doniosłe dla warunków życia mieszkańców. (181)

Trzeba jeszcze raz podkreślić, że w organizacji społecznej jednostek sąsiedzkich nie chodzi o tworzenie sąsiedzkich przyjaźni o typie parafialnym, tylko o co najwyżej o zainteresowanie mieszkańców zagospodarowaniem i utrzymaniem swojego osiedla, ze szczególnym uwzględnieniem potrzeb wychowawczych dzieci i młodzieży.

Lekceważenie przez niektórych projektantów struktury jednostek sąsiedzkich usiłuje się błędnie uzasadniać teorią pustej strefy Groenmana. (…)

Zaprzeczanie koncepcji jednostek sąsiedzkich jako osiedli socjalnie pełnych wynika w krajach kapitalistycznych z dążeń do elitaryzmu osiedlowego, wydzielania dzielnic według klas zamożności i dochodów mieszkańców, a nawet z dyskryminacji rasowej.

*

Ożywienie miasta? Odpuść sobie!

Głosy, które często słyszymy, odrzucające wszelką strukturę osiedlenia, wymagające w mieście domów w „różnych stylach” i pomieszania funkcji w mieście, „aby było bardziej ożywione”, zdradzają nieznajomość istoty stylu w wymaganiu sztucznej różnorakości form są sprzeczne z koniecznością seryjnej produkcji budowlanej, która przy właściwej kompozycji zespołów zabudowy może być pożądanym modułem plastycznego efektu.

Co zaś do mieszania funkcji w mieście, aby było „żywiej”, to byłby to nawrót do chaosu miast dziewiętnastowiecznego pochodzenia i byłoby diametralnie sprzeczne z potrzebami organizacyjnymi i biologicznymi. Przez uporządkowany rozdział przestrzenny funkcji w mieście możemy uzyskać konieczne przeciwstawienie ośrodków żywych kontaktów ludzi w usługowo-dyspozycyjnych śródmieściach – spokojowi panującemu w strukturalnie zorganizowanych osiedlach mieszkaniowych. Możliwość zmieniania użytkowania tych dwu przeciwstawnych środowisk jest podstawowym wymaganiem ku zdrowej integracji sił i umysłów mieszkańców.

Znużeni zgiełkiem uciekamy do ciszy- znużeni ciszą szukamy zgiełku i ruchu. W zmieszanych zaś funkcyjnie środowiskach w stałym ruchu i zgiełku żyć nie można.

Zmartwienie o „martwotę” dzielnicy pracy w śródmieściu, gdy praca w nim się kończy, jest bezsensownym sensacjonizmem (np. niewczesna dyskusja nad ożywieniem ul. Kruczej w Warszawie). Teatr jest zawsze martwy rano, a przedszkole wieczorem, osiedle zaś mieszkaniowe powinno być „martwe” w nocy. „Ożywianie” dzielnic śródmiejskich mieszkaniami, które tam nie mają żadnych warunków biourbanistycznych, jest antysocjalne i zupełnie nieskuteczne. A po city londyńskim w niedzielę można swobodnie chodzić po pustych ulicach, na skos przez jezdnię i komu to przeszkadza? Z tym „ożywianiem” miasta zmieszanymi funkcjami wiążą się pewne wyobrażenia o sposobie zamieszkania. Górnik śląski słusznie chce mieszkać w domku z ogródkiem, bo jest to mu konieczne dla fizycznej i psychicznej regeneracji po pracy.

Inni znowu zapatrzeni w fałszywy blichtr mieszkania burżuazyjnego chcą mieszkać w koszarach mieszkaniowych z balkonami na ulicę, chcą wdychać klimat pustyni kamiennej ze spalinami, żyć w hałasie 100 decybeli – błędnie! Może też częściowo pod wpływem tych błędnych poglądów realizacje osiedli mieszkaniowych u nas były dotąd przeważnie astrukturalnymi grupami domów mieszkalnych. Wynika to też z wydzielania inwestorom fragmentarycznych lokalizacji na miarę ich kredytów, przy braku niejednokrotnie scalonego inwestowania całych strukturalnych jednostek. (189-190)

*

Snobistyczna „miłość” całego miasta

Jeśli więzi społeczne w nowych jednostkach sąsiedzkich nie powstałyby nie należy się tym zrażać, bo ludzie, którzy w pierwszym rzucie je zamieszkujący są przeważnie wychowani w złych dotychczasowych warunkach miast astrukturalnych, żyją pod wpływem fałszywej magii wspaniałości ulic wielkiego miasta – świateł reklamowych, hałasu i nieustannych kolizji nerwowego ruchu. Więzi społecznej zaangażowanej topograficznie nie zastąpi nieco snobistyczna „miłość” całego miasta.

Asocjalny nastrój miejskiej ulicy wpływa ujemnie na przybyszów ze wsi do miast i adaptacja ich wymaga szczególnej troski w polityce społecznej i w projektowaniu przestrzennym właśnie w naszym bardzo szybko urbanizującym się kraju. Tych nowych przybyszów wytrąca obecne miasto z ich wszystkich przyzwyczajeń i wpojonych im od pokoleń warunków bytu. Błąkają się po ulicach, nie umieją użytecznie spędzić wolnego czasu, łatwo demoralizują się, zwłaszcza w zetknięciu z nienajlepszym elementem z ulicy, którego „wielkomiejskości” usiłują dorównać. Wszystko dla nich w mieście jest niczyje, właściwie bezwartościowe„ bo nie związane w ich poczuciu z ich własnym wysiłkiem lub pracą. Ci sami jednak ludzie, niszczący częstokroć bez zastanowienia to, co miejskie, co jeszcze bywa dla nich niezrozumiałe i nie stanowi ich potrzeby wewnętrznej, stają się wzorowymi i pełnymi ambicji i współzawodnictwa działkowcami.

(189-190)

*

Ludzie nie chcą mieszkać ani na brzegu arterii komunikacyjnej, ani w bezkształtnych monokulturach osiedlowych

Cytat z książki Paulhansa Petersa „Atriumhauser” – „Urbanistyka organiczna – kształt wypływający z funkcji nowoczesnej”

Prywatna zaciszność jest podstawowym wymaganiem właściwym w stosunku do mieszkania i więcej jeszcze – w stosunku do domu. Bo tylko ten, kto taki chroniony, osobisty zakątek uzyska, odnajdzie siebie samego i będzie mógł swoją osobowość rozwijać.

Dotyczy to również rodziny. Należy dążyć, by każdemu członkowi dać w obrębie mieszkania własny, osobisty, prywatny zakątek gdzie by się mógł schronić, gdy mu to będzie potrzebne. Kto przez wiele lat w obozach jeńców musiał żyć w masowych kwaterach wie, że nie tylko fizyczny niedostatek niszczył ludzi, lecz właśnie przymus bezustannego przebywania z wszelkimi innymi ludźmi.

Gdzie nie ma prywatnej zaciszności, nie może powstać społeczność: powstaje tylko masowość, zatarcie indywidualności i zwada. Prywatna zaciszność jest zatem podstawą wszelkiego współżycia społecznego, jest jego punktem wyjścia i warunkiem rozwoju życia publicznego.

Ludzie nie chcą mieszkać ani na brzegu arterii komunikacyjnej, ani w bezkształtnych monokulturach osiedlowych, bo tam nie ma nigdzie zachęcającego miejsca spotkania: tam nie powstaje należyte poczucie obywatelskie, ani świadomość państwowa. I tam właśnie, mimo najlepszych chęci, brak podstawowego warunku, który powinien być spełniony w ludzkim, humanistycznym planowaniu osiedli, prywatnej zaciszności. To wymaganie nie ma nic do czynienia z antyspołecznym nastawieniem i nie należy go pojmować jako przeciwne sąsiedztwu. Prywatne zacisze to warunki odosobnienia, aby móc myśleć w samotności i o sobie, o prywatnym, własnym biegu życia, bez przeszkód (optycznych, akustycznych) – chodzi o osobistą wolność decyzji. (191)

*

Sprzeciw dla działek jako kwadraty, wyznaczanych po linii prostej

Planiści którzy patrząc na plan geodezyjny i kreśląc na nim nowe linie (zwykle trójkątem, lub z rzadka cyrklem) nie widzą tych linii w perspektywie widza chodzącego po ziemi, którzy nie uwzględniają drobnych nawet deniwelacji, zadrzewień i porostów nie uwidocznionych w sytuacji i niwelacji — dokonują właśnie owych kaleczących wiwisekcji przyrody. Wielu z nich przyzwyczaiło się myśleć tylko po linii prostej, poziomej, która dla nich często jest wyobrażeniem przekroju terenu; na poziomie bowiem kreślarskiej kierownicy stawiają projekty swoich budynków. Tacy planiści ćwiartują plan osiedla bez względu na jego rzeźbę i ewenementy terenu, zwłaszcza jeśli są przekonani, że „tam jest zupełnie płasko i wszystko tam można zrobić”. I tak wykrawają oni różne ,,lokalizacje”, na przykład pod szkoły w postaci prostokątów leżących falisto, wichrowato w terenie, bez zastanowienia się, jak i gdzie stać będzie budynek i jak splantuje się teren pod boisko, a najmniej zastanawiają się nad tym, jaką linię w krajobrazie zakreśli ogrodzenie.

Technika graficzna planów zagospodarowania, zaznaczanych przeważnie kryjącymi farbami, uniemożliwia rozpoznanie związku ich rysunku z rzeźbą terenu i z fizjografią. Brak projektowanych cech wysokości i spadków na drogach oraz zakresu robót ziemnych czyni przeważnie z planów zagospodarowania płaski rysunek plakatowy, nie świadczący o przemyśleniu przez projektanta trójwymiarowej kompozycji. Pozostawienie wymodelowania terenu i profili podłużnych dróg, jako szczegółów, technice drogowej jest najzupełniej błędne. Projektowanie urbanistyczne dotyczy przestrzeni trójwymiarowej i wymaga wyobraźni przestrzennej wyrażającej się nie tylko w płaskich szkicach rysunkowych, ale i w cyfrach kształtujących trzeci wymiar. Wymaga ono wreszcie umiejętności komponowania plastycznego za pomocą tych cyfr.

Nie ma nigdzie terenów „płaskich” (poziomych). „Płaski” plac Saski w Warszawie ma na swojej około 150 m rozległości różnicę poziomów ponad 2 m – wymiar dla jego ukształtowania plastycznego decydujący, tym trudniejszy dla należytego rozwiązania, iż spadek ten przebiega po przekątnej. Aby na przykład usunąć przykry plastycznie wypukły garb na profilu podłużnym między Krakowskim Przedmieściem a Grobem Nieznanego Żołnierza oraz aby otrzymać z lekka wklęsły przekrój poprzeczny placu, trzeba by poziom środka jego boku wschodniego obniżyć prawie o metr. Niech ten przykład będzie dowodem jak zawodna jest ocena płaskości terenu.

Płaskość sprawia niejednokrotnie co najmniej tak znaczne trudności kompozycyjno-techniczne, jak i duże spadki. Linia prosta nakreślona na papierze jest rozwiązaniem najprostszym, ale nie jest ona prosta po przeniesieniu z planu na teren (może być tam w istocie wypukła, wklęsła lub falista), wcale też nie musi być w terenie rozwiązaniem najprostszym; przeciwnie, może być przyczyną znacznych komplikacji i zwiększenia nakładów na jej realizację. Na przykład prosta droga wytyczona na ,,zupełnie płaskim” terenie wymaga przeważnie bardzo znacznych robót ziemnych, aby jej nadać właściwy (nie garbaty) profil podłużny. Niewidoczne pozornie spadki 0,5 % w terenie, dają już na długości 500 m 2,5 m różnicy wysokości. Gdy takie wzniesienie znajdzie się w połowie projektowanego odcinka o długości 1 km, to wtedy zachodzi konieczność – dla należytego tego wizualnie ukształtowania profilu – wykonać bardzo dużych robót ziemnych i oderwania poziomu drogi od poziomu otaczającego terenu.

Od takich „drobiazgów” bardzo wiele zależy w kompozycji krajobrazu, w którym w perspektywie terenu parę kilometrów długości jest drobnostką ale wzniesienie mierzone w centymetrach może być bardzo widoczne i może zakrywać dalekie widoki. Doświadczenie poucza, że wielu architektów-urbanistów, pojmujących teren jako arkusz papieru przypięty na ich desce rysunkowej, wcale na te „drobnostki” nie zwraca uwagi, a dla wielu inżynierów drogowych każdy spadek profilu, choćby nawet łamany, falisty jest dobry, byleby tylko odpowiadał przepisanym warunkom technicznym dla danej klasy drogi. A przecież projektanci dróg tworzą bardzo ważne elementy kompozycji krajobrazu związane organicznie (oby!) z całą jego fizjografią. Poza wiadomościami ściśle technicznymi powinni być architektami krajobrazu. Ale jeśli i architekci nimi nieraz nie są, jeśli projektant jednego z największych u nas osiedli nadmorskich potrafił zaprojektować dekoracyjny basen wodny bez stopni lub kaskad na długości 1,5 km na swoim „zupełnie płaskim terenie”, w którym jednak różnica poziomów miedzi obu końcami basenu wynosiła 5 m (między +6 m a +11 m npm.) – czegóż można żądać od innych specjalistów techniki? Można by to wziąć tylko za niewczesną pomyłkę rysunkową, gdyby w tym samym osiedlu nie odebrano słońca pięćdziesięcioletniej alei dębowej, budynkiem kilometrowej długości o wysokości 11 kondygnacji i nie skazano tej alei na zagładę szeregiem instalacyjnych przekopów, które poćwiartowały jej korzenie oraz zaasfaltowaniem jezdni między drzewami, której krawężniki opierają się o pnie. Niedługo ,,bezpieczeństwo ruchu” dokona „eutanazji” tej alei.

Wiele jest ciał opiniujących, wiele uzgodnień i zatwierdzeń, „dokumentacja” miasto projektów trwa latami, odrzuca się projekty z powodu nieuzgodnienia z kominiarzami i inkasentami za gaz i prąd, ale wielbłądy zniszczenia przyrody przechodzą swobodnie przez ucho igielne. A przecież w opisanym przypadku wystarczyłoby przesunąć oś tej jezdni o jakieś 10 m poza rząd drzew i nieco dalej od nich zbudować coś w skali człowieka. Ale może wtedy nie osiągnęlibyśmy przepisanych wskaźników wykorzystania ,,cennych terenów miejskich” i „wielkomiejskiego charakteru osiedla”. (192-193)

*

Na drzewo trzeba czekać 30 lat, na kapuścianą głowę tylko 3 miesiące

Nadal mówimy o wysokiej zabudowie jako rzekomo szczytowym osiągnięciu współczesności, znowu bez bliższego uzasadnienia, a z wyraźnym zaprzeczeniem najistotniejszych potrzeb rodzin dzietnych. Mówimy o ekonomice wykorzystania terenu, ale kosztem anty-ekonomiki konstrukcji, uzbrojenia i socjalnej. Mówimy o ekonomice średnio-kondygnacyjnego zabudowania bez dźwigu, nie zwracając uwagi na ujemne wpływy takiego zamieszkania, w którym staje się ono dla użytkownika czymś obcym i tymczasowym, co obniża kulturę mieszkaniową i troskę o utrzymanie mieszkania. Tych kilka przykładów wybranych spośród mnóstwa zjawisk, ilustruje do jakich rozbieżności może dojść między hasłem służenia potrzebie człowieka, a jego wykonaniem. (..)

Stosowanie ciężkiego sprzętu związane z budową koniecznego dlań ciężkiego torowiska, dewastuje teren; sprzęt ten nie może być stosowany w terenach zadrzewionych lub zakrzewionych bez ich zniszczenia. w ten sposób teren budowy zamienia się w splantowaną pustynię, za której dopiero trzeba odtworzyć glebę i urządzać nową zieleń towarzyszącą, która nie prędko rośnie (Romuald Gutt w jednym z przemówień powiedział: „na drzewo trzeba czekać 30 lat, na kapuścianą głowę tylko 3 miesiące”.). A przecież wstawienie nowej zabudowy najkorzystniej w istniejące wymodelowanie terenu, z wykorzystaniem nawet zupełnie prymitywnych, istniejących porostów, jest warunkiem najtańszego i najefektywniejszego urządzania nowych osiedli. W ten sposób wiążą się one najlepiej z istniejącym krajobrazem. Trudno sobie wyobrazić, żeby można było zrealizować przy pomocy ciężkiego sprzętu dźwigowego tak doskonałe osiedle mieszkaniowe we wspaniale zadrzewionym rezerwacie, jakim jest osiedle Alton-Roehampton w wielkim Londynie.

Następnie do nakładów zaliczyć jeszcze musimy koszty założenia i utrzymania zieleni. Należy tu przede wszystkim stwierdzić, że zapotrzebowanie na zieleń urządzoną dla użytku publicznego i wspólnego wzrasta progresywnie w miarę zagęszczania i zwiększania zwartej powierzchni miast. Miasta bardziej rozluźnione, rozczłonowane (jak np. Gdańsk) wymagają proporcjonalnie znacznie mniejszych powierzchni zieleni urządzonej, niż miasta zwarto zabudowane (jak np. Łódź, Warszawa, Kraków). W miastach zwarto zabudowanych wszelkie zieleńce założone dla zapewnienia minimum warunków klimatycznych muszą być „urządzone” narażone są bowiem na zbyt intensywne użytkowanie (są z reguły za małe), mają pretensje „reprezentacyjne”, a koszty ich utrzymania są również bardzo wysokie. Natomiast w miastach bardziej rozluźnionych potrzebę zieleni publicznej doskonale spełniają ,,nieurządzone” lasy, błonia znajdujące się w zasięgu najwyżej pół kilometra od rdzenia terenów zabudowanych.

Wielu specjalistów zaleca słusznie, aby zamiast deficytowych zieleńców znaczną część zieleni miejskiej zagospodarowywać, jeśli nie produkcyjnie, to przynajmniej częściowo odpłatnie: lasy miejskie, pastwiska, ogrodnictwa i ogródki działkowe, a nawet gospodarstwa rolne, wśród których mogą być prowadzone aleje spacerowe. Zatem i w tej dziedzinie istnieją znaczne rozpiętości kosztów inwestycyjnych i eksploatacyjnych zależnie od sposobu zagospodarowania — lecz wyraźnie progresywnie wzrastające w miarę zagęszczania i potęgowania zwartości zabudowy, a bynajmniej nie malejące proporcjonalnie do zmniejszania powierzchni zieleńców i zacieśniania powierzchni miast. (214)

*

Mit: Działki budowlane uszczuplają cenne zasoby ziemi rolnej

Często słyszymy hasła, iż zwłaszcza budowa osiedli mieszkaniowych groźnie uszczupla obszar terenów uprawnych naszego kraju. Zjawisko to występuje istotnie w Szwajcarii, gdzie jedyne tereny żywicielskie znajdują się w dolinach, stanowiących stosunkowo małą część tego kraju, a zarazem dość luźne budownictwo mieszkaniowe atakuje tam te tereny jako bardziej dostępne i mniej spadziste. Podobnie jest i w Holandii, gdzie gwałtowny przyrost ludności i szybka urbanizacja przemysłowa kraju pochłania stosunkowo duże przestrzenie, wydarte pracą wieków i pokoleń morzu. Czy jednak u nas jest podobnie? (128)

(..)Należy poruszyć jeszcze zagadnienie pierwszego czynnika wartości terenów miejskich, to jest wartości uprawnej. W tej dziedzinie pouczająca jest notatka zawarta w „Życiu Warszawy” z dnia l2.7.66 r., dotycząca wydajności uprawnej ogródków działkowych w naszym kraju. Z niej dowiadujemy się, że w Polsce ogródki działkowe zajmują obszar 17000 ha, czyli około 0,078% obszarów uprawnych w naszym kraju. Dalej dowiadujemy się, że 400 000 rodzin korzysta z tych działek, co stanowi niestety tylko około 10% zaludnienia naszych miast, że zatem średnio na rodzinę przypada działka 425 m2/rodz. Jest to wielkość, która może dostarczyć rodzinie pełne zapotrzebowanie roczne żywności zielonej łącznie nawet z ziemniakami. Ponieważ średnia wydajność z ha podana w notatce w „Życiu Warszawy” wynosi 11 800 kg/ha, to jest blisko l20 kwintali/ha, wynika z tego, że jest to wydajność uprawna, dwukrotnie wyższa niż gdziekolwiek na świecie notowana, najintensywniejsza wydajność uprawy rolnej. Z tego zaś wniosek: nie wszystek teren oddany pod zabudowę osiedleńczą powoduje zmniejszenie obszaru uprawnego i plonów.

Zabudowa bowiem ogrodowa, o dostatecznej wielkości działek zdatnych do uprawy, powoduje zwiększenie wydajności uprawnej terenu chyba ponad trzykrotnie w stosunku do wydajności ponadprzeciętnej, rolnej w naszym kraju. Natomiast zabudowa zwarta, koszarowa, stanowi ugór nieuprawny, na którym do każdej rosnącej trawki trzeba stale dopłacać.(232-233)

*

Krytyka sprzedaży ziemi przed uzbrojeniem

Tylko szeroko pojęta gospodarka komunalna terenami, w rękach władz terenowych, prowadzona na zasadzie funduszu zamkniętego, stale narastającego, pod względem wartości kapitałowej i areału terenów, może zapewnić gospodarce komunalnej środki bieżące, konieczne na budowę i konserwację uzbrojenia terenu. Gospodarka komunalna otrzymując teren surowy powinna go oddawać planowo pod użytkowanie i zabudowę na warunkach dzierżawnych wszelkim inwestorom tylko za pełnym zwrotem kosztów uzbrojenia terenu i pełnej jego wartości wraz z amortyzacją kapitału zamrożonego od chwili przejęcia terenu przez gospodarkę komunalną.

(..)

Typowym przykładem negatywnym pod tym względem była przedwojenna budowa Gdyni. Tam wywłaszczano tylko teren pod budowę portu i urządzeń kolejowych pozostawiając całość terenów miasta na prywatną spekulację, która czerpała z inwestycji publicznych ogromne zyski, bez najmniejszego wkładu ze swej strony. Dlatego miasto to jest pozbawione terenów użyteczności publicznej.

(..)

Budownictwo indywidualne niezorganizowane powoduje marnotrawstwo: terenów, również i dzikie parcelacje, materiałów, dezorganizuje rynek pracy, wprowadza bezplanowość i chaotyczność zabudowy, załamywanie się planów zagospodarowania przestrzennego. Spiętrza ono na przyszłość ogromne wydatki na uzbrojenie tej zabudowy, którego obecnie się nie wykonywa, a którego realizacja niezbędna ze względów sanitarnych i porządkowych, choć w tak nieekonomicznych układach, spadnie jako ogromna kontrybucja na gospodarkę komunalną prędzej niż nam się pozornie wydaje. (224)

Dyskusja o ekonomice zabudowy mieszkaniowej jest niezmiernie potrzebna, ponieważ w tej dziedzinie istnieje szczególnie wiele uprzedzeń i nieusprawiedliwionego kultu wyłącznie ciężkiej zabudowy wielorodzinnej. Przyczynia się do tego bardzo nieekonomiczne budownictwo jednorodzinne u nas stosowane i oddanie na ten cel w miastach znacznych obszarów prawie darmo, bez obciążenia budujących kosztami urządzenia ulic, uzbrojenia terenu i budowy obiektów społecznego użytkowania. (234)

Decydującym elementem gospodarki osadniczej jest należyta polityka terenowa władz komunalnych. W tej dziedzinie jest wiele przykładów pouczających. Nawet świat kapitalistyczny od dziesiątków lat prowadzi politykę gromadzenia w posiadaniu komunalnym maksimum terenów miejskich i to na zapas, na daleką przyszłość, aby w ten sposób zapewnić racjonalną podaż gruntów pod rozbudowę miast i pochwycić w ręce publiczne przyrost wartości terenów związany z inwestycjami komunikacyjnymi, uzbrojeniem i rozbudową miasta. W Sztokholmie ponad 80% terenu miasta jest własnością gminy miejskiej. (232-233)

*

Prawo dłoni burzy mit, że rozproszone miasto podnosi koszty uzbrojenia

Zagadnienie rozmieszczenia uzbrojenia w osiedlu mieszkaniowym można plastycznie ilustrować zasadą rozwartej dłoni. Jeśli dłoń ze zwartymi palcami przyjmiemy jako obraz zwartej powierzchni zabudowanej osiedla mieszkaniowego – przy czym naczynia krwionośne i nerwy przebiegające w palcach wyobrażać mogą uzbrojenie terenu tego osiedla to po rozstawieniu palców dłoni nie przybędzie żaden odcinek ciągów uzbrojenia. Zarówno ich długość, jak i ilość ciała obrastającego palce, które niech nam w tym porównaniu przedstawia kubaturę mieszkaniową, nie ulegną żadnej zmianie. Jeśli więc przyjęliśmy dla zwartej dłoni gęstość zabudowania dowolnie „ekonomiczną”, to po rozwarciu palców nie zwiększy się powierzchnia uzbrojenia o żaden ułamek powierzchni, teren bowiem wolny między palcami jest terenem nie uzbrojonym, nadającym się doskonale na place zabaw, wypoczynku, ogród osiedlowy, ogródki działkowe, boiska szkolne, sportowe itp. Te jednak tereny nie uzbrojone między pasmami zabudowania mieszkaniowego stwarzają dopiero należyte warunki biourbanistyczne dla mieszkańców pasm zabudowanych, choćby nawet te pasy nie szersze niż 160 m były dość znacznie zagęszczone.

Zasada rozwartej dłoni może być bez zastrzeżeń stosowana w obrębie jednostek osiedleńczych, zawierających się w zasięgu wewnętrznego ruchu pieszego, to jest w promieniu około 1300 m. (249)

 

„Prawo” rozwartej dłoni. Rys. W.Czerny (s. 248)

 

 

*

Niska zabudowa jednorodzinna z ogródkiem żywi i wychowuje

Zabudowa luźna na działkach uprawnych, ogrodowych, w razie trudności ekonomicznych nawet nie skanalizowana, powinna być stosowana zwłaszcza dla pierwszego pokolenia imigrantów ze wsi do miast, ponieważ ta postać zamieszkania najwięcej odpowiada tym przesiedleńcom. Daje im bowiem możność własnej uprawy okopowych oraz hodowania małego inwentarza. Te zajęcia zarówno odpowiadają ich zwyczajom i zamiłowaniom, jak też zapewniają istotne źródło aprowizacji.

Ten sposób zamieszkania daje imigrantom poczucie samodzielności i ułatwia włączenie się w nową społeczność na zasadzie sąsiedztwa, a nie stłoczenia w zagęszczonej wspólnocie zamieszkania, bez wyraźnych granic posiadania i odpowiedzialności za użytkowanie wspólnych urządzeń. Zwłaszcza nieumiejętność użytkowania mieszkania dotąd im nieznanego typu i nieumiejętność wykorzystania czasu wolnego po pracy, są dowodem niewłaściwości zamieszkania koszarowego dla ludzi tkwiących głęboko i słusznie w gospodarnych obyczajach życia wiejskiego.

Znaczenie postaci zamieszkania związanej z ogrodem uprawnym jest widoczne również z wychowawczych rezultatów ogródków działkowych, w których przejawia się kultura i ambicja użytkowników, w przeciwieństwie do zieleńców wspólnych, uprawnie bezużytecznych, które często nie są szanowane przez mieszkańców. (..)

Ze tego rodzaju warunki mieszkaniowe dają zadowolenie wielu ludziom i to nie tylko spośród nowych imigrantów ze wsi, że sprzyjają stabilizacji w pracy oraz w jej jakości i dokładności, jest zjawiskiem znanym. Jest to więc czynnik nie tylko wychowawczy, ale i gospodarczy, który powinien być uwzględniany w rachunku efektywności ekonomicznej takiej zabudowy. (232-233)

*

Samochód zostaw przed osiedlem

W oszczędnych układach nie należy sytuować zabudowy jednorodzinnej, zwartej wzdłuż ulic jezdnych, tak, aby każdy domek miał bezpośredni dostęp do jezdni. Jedynie ustawienie szeregów domków rębem do jezdni jest ekonomiczne; dostęp zaś do poszczególnych domków powinna zapewniać tylko ścieżka piesza. Dostęp do jezdni nie powinien być dłuższy niż 80 m. Światło szerokości ścieżki powinno wynosić 2,50 m, aby w przypadkach szczególnych możliwy był dojazd bezpośredni do domków. Urządzenie ścieżki nie wymaga nawierzchni jezdnej. Nawierzchnia gruntowa ulepszona, z należytym spływem wód i ułożeniem dwu rzędów płyt w rozstawie kół pojazdu, byłaby najzupełniej wystarczająca. Dwa rzędy na przykład trylinek zabezpieczałyby również warunki dojścia w czasie słotnym.

Utrzymanie wymiarów szerokości domków w granicach minimalnych skraca nie tylko ciągi uzbrojenia, które częściowo najoszczędniej można przeprowadzić szeregowo pod domkami (prąd, wodociąg, ciepła woda, ogrzewanie), ale umożliwia też uzyskanie maksymalnej odległości między rzędami domków – przy z góry założonej powierzchni działki, to jest gęstości zabudowania netto.

Przy dość gęstym ustawieniu szeregów należy unikać nadmiernej ich długości. Szeregi około 10 domków o długości 50 m wydają się w równoległym, naprzeciwległym ustawieniu maksymalne. Znaczne polepszenie tych warunków daje, nachylenie skośne szeregów, które skraca odcinki szeregów naprzeciwległe i daje szerszy widok poszczególnych domków. To skośne ustawienie może również sprzyjać właściwej orientacji domków względem słońca. Przy układzie skośnym do jezdni powstają przy niej placyki trójkątne, nadające się na przydomowe parkingi i na pomieszczenie śmietników, mogą one być zadrzewione.

[Zobacz: Alexander: 103. Małe parkingi]

*

Ruch pieszy tylko w paśmie zieleni

Ruch pieszy nie powinien się odbywać wzdłuż jezdni, a raczej zbiorczymi ścieżkami w paśmie zieleni osiedlowej. Pasma osiedlowych terenów zielonych towarzyszące pasmom zabudowy netto powinny mieć co najmniej 25+?›0 m szerokości. Stanowią one najbliższy wybieg w zieleń osiedlową. Korzystne wyniki daje również przerywanie szeregów domków małymi placykami przeznaczonymi dla zabaw dzieci najmniejszych i spotkań sąsiadów. Placyki te mogą być też układane w pewne ciągi piesze, poprzecznie łączące szeregi domków. Właściwy plan domku szeregowego narzuca konieczność umieszczenia wejścia od strony północnej.(235)

[Zobacz: Alexander: 68. Połączona zabawa ]

*

Zabudowa podkowiasta (U – shape) daje izolację i wypoczynek

Typem zabudowy jednorodzinnej zwartej, dającym znaczną izolację domków względem siebie jest zabudowa atrialna, czyli dziedzińcowa. Charakterystyczne dla tego typu domki parterowe kształtu kątowego lub podkowiastego są trudne do realizacji przy naszych standardach mieszkaniowych.

Jeśli bowiem nawet mieszkanie M6 ma mieć powierzchnię użytkową nie większą niż 66 m2, to trudno z takiej powierzchni ukształtować domek kątowy. Raczej prostokąt 6 x 11 m2 wydaje się właściwy.

(…)

Nie zawsze celowe jest obudowywanie dziedzińczyków zamkniętych. Dają one wprawdzie zupełną izolację od sąsiadów, ale zarazem oddzielają domek od otoczenia i pozostawiają mieszkańcom widok tylko na kawałek nieba i odrobinę doníczkowej niemal zieleni. Zwłaszcza ujemne jest wyłączenie dziedzińczyka z ciągów zieleni osiedlowej; nie daje ono dzieciom pożytecznego w ich rozwoju stopniowania przestrzeni od przydomowego ogródka, przez kontakt z sąsiadem, kolegą do wybiegu na wspólny placyk zabaw itd. Wyjście z zamkniętego dziedzińczyka jest wyjściem poza zasięg widzenia z wnętrza domku. Dlatego typy domków z otwartym wybiegiem z dziedzińczyka na wspólną zieleń są bardziej celowe. Również dozór społeczny nad bezpieczeństwem domków w razie nieobecności mieszkańców jest łatwiejszy przy dziedzińczykach otwartych. Zabudowa dziedzińcowa nadaje się lepiej dla rodzin nie mających zainteresowania w uprawie ogrodu przydomowego.

Nie należy w układach domków jednorodzinnych obawiać się monotonii wynikającej z seryjnej typizacji jednakowej, właściwej im orientacji względem słońca i dróg. Bezużytecznym marnotrawstwem terenu i lekceważeniem potrzeb mieszkańców może być sposób fantazyjnego ustawiania jednakowych domków w różnorakim ich zorientowaniu względem słońca. Takie formalistyczne kompozycje działają dekoracyjnie przeważnie tylko na rysunku planu, ale nie mają związku z nastrojem mieszkalnym osiedla w naturze. Nawet bardzo rygorystycznie skomponowane osiedla przez Rolanda Rainera, dzięki grupowaniu domków ‚wokoło małego prostokątnego placyku zabaw dla dzieci, ozdobionego poszczególnymi drzewami, pnączami i krzewami nabierają charakteru mieszkalnego, zespołowo-grupowego bez straty odcinków terenu na nieużyteczne „urozmaicenia”.

Przykład błędnego ustawienia budynków mieszkalnych „dla urozmaicenia” bez względu na właściwe naświetlenie. W.Czerny – s.219

 

[Zobacz: Alexander: 106. Pozytywowa przestrzeń zewnętrzna]

*

Niska zabudowa jednorodzinna – jak i dlaczego

  • Pogląd że zwarta zabudowa jednorodzinna powoduje nadmierną rozległość osiedli, jest sprzeczna z doświadczeniem i nauką.
  • Nieekonomiczne jest sytuowanie zwartych zespołów domków jednorodzinnych wzdłuż ulic jezdnych. Dojście do nich ścieżką pieszą do 80 m od jezdni jest właściwe.
  • Domki szeregowe należy orientować zasadniczo ogródkami na południe, a wejściami na północ. Nie należy ich sytuować symetrycznie do drogi. Korzystne jest ustawienie szeregów skośne, aby w ten. sposób skrócić odcinek domków naprzeciwległych.
  • Domki dziedzińcowe są zasadniczo lepsze z otwartymi dziedzińcami niż z zamkniętymi.
  • Główna izba dzienna, bawialnia powinna być zarazem pomieszczeniem komunikacyjnym mieszkania. W niej należy umieszczać schody, najlepiej jednobiegowe, jako mebel wbudowany,jeśli domek jest piętrowy.
  • Wzniesienie podłogi izby dziennej ponad poziom ogrodu nie powinno być większe niż jeden stopień.
  • Ze względu na ciasnotę domku wynikającą z obowiązujących standardów pożądane jest stosowanie poddaszy, na przykład w postaci strychów pod dachami. (..)
  • Przy lekkiej konstrukcji płytowej domki jednorodzinne należałoby wznosić tylko na słupkach fundamentowych, podpierających ściany punktowo. Na przechowywanie ziemniaków i warzyw wystarczają zagłębienia pod podłogą przyziemia ujęte w kręgi studzienne, dostępne przez pokrywę w podłodze.
  • Stropy między kondygnacyjne w domkach, ekonomiczne i lekkie mogą mieć pojedynczy pokład podłogowy na widocznych belkach typu deskowego . Przy takiej konstrukcji wystarczającą wysokością przyziemia od poziomu podłogi do piętra może być 2,70 m.
  • Wystarczającą wysokością sypialnych pomieszczeń na piętrze domku jest światło 2,10 – 2,20 m (7 modułów).
  • Przez umieszczenie wszystkich urządzeń kanalizacyjnych w przyziemiu uzyskuje się skrócenie pionów – pozostaje tylko ich odpowietrzenie i oszczędza się na konstrukcji stropu, który przy umieszczeniu tych urządzeń na piętrze musi być masywniejszy i wodoszczelny.

Dom na przysłupach – fot. http://www.ideabox.us/

[Zobacz: Alexander: 106. Pozytywowa przestrzeń zewnętrzna]

*

Mit: zwarte miasto sprzyja rozwiązaniu komunikacji miejskiej

Dotąd, mimo zewnętrznych pozorów i przecharakteryzowania postaci budynków niewiele się zmieniło w tej dziedzinie. Nadal hołduje się poglądom, że zwarte miasto sprzyja rozwiązaniu komunikacji miejskiej, czemu przeczy rzeczywistość takich miast jak Warszawa, gdzie zagęszczenie sieci mało pojemnych środków komunikacji obniża ich sprawność przez koncentrację mnóstwa węzłów kolizyjnych, których nikt w takiej liczbie na bezkolizyjne nie przebuduje. (214)

Osobne zagadnienie stanowi uzbrojenie terenu w komunikację ogólnomiejską. Tu spotykamy argument, że zagęszczona zabudowa terenów mieszkaniowych w mieście jest konieczna, aby oszczędzić zbyt wielkiej rozległości arterii komunikacyjnych, zbyt wielkich odległości między miejscem pracy a zamieszkania. Aby ten argument należycie ocenić, trzeba sobie zdać sprawę z procentowego udziału terenów mieszkaniowych netto w stosunku do koniecznej rozległości terenów uzbrojonych miasta w ogóle. Praktycznie zmniejszenie uzbrojonego obszaru miasta może przy trzykrotnym prawie zagęszczeniu terenów mieszkaniowych netto więc 9-krotnym pogorszeniu warunków socjalnych dać zaledwie około 10%. Szczególnie w dużych miastach zwartych, jak na przykład w Warszawie, spiętrzenie i zagęszczenie zabudowy wcale nie skraca dróg do pracy. Rozmiar bowiem mieszanej dzielnicy centralnej, którą jest „Śródmieście” Warszawy, wymaga obsłużenia wieloma arteriami komunikacyjnymi, po których poruszają się liczne niezbyt pojemne środki komunikacji zbiorowej i wzrastający potok pojazdów indywidualnych 0 chaotycznych kierunkach jazdy tak chaotycznych, jak chaotyczne jest rozmieszczenie funkcji w tym rzekomym „śródmieściu”. Skutkiem tego ruchu, o tak licznych kolizjach, muszą być częste jazdy z jednego końca centralnej dzielnicy w drugi, które nie rzadko trwają więcej niż godzinę. Zatem nawet skrócenie o 7+l0% komunikacji ogólnomiejskiej przez trzykrotne zagęszczenie zabudowania netto, to jest o 200%, może okazać się iluzoryczne; gdyż czas jazdy i wygoda są ważniejsze od długości absolutnych.

Deglomeracja osadnictwa jest niewątpliwie warunkiem zapewnienia wielkim zespołom osiedleńczym należytych warunków biourbanistycznych, przy równoczesnym najtańszym i najwygodniejszym rozwiązaniu komunikacji w tych zespołach. Jest nim rozwiązanie związków komunikacyjnych, codziennych wewnętrzno-osiedleniowych przy pomocy komunikacji pieszej, która — jak wiadomo – jest najpojemniejszym i najelastyczniejszym, a zarazem najtańszym środkiem poruszania się w mieście, oczywiście we właściwych mu, ograniczonych dystansach.

W uzbrojeniu terenu, ścieżki przeznaczone na ten system komunikacji wymagają chyba najmniejszych nakładów, najłatwiejszej konserwacji i najmniej krępujących warunków technicznych. W tym systemie tkwi ogromna rezerwa oszczędności uzbrojenia terenu i oszczędności obszaru przeznaczonego na komunikację. Relacje komunikacyjne nadrzędne, wykraczające poza obręb jednostek osiedleńczych, mieszczących się w zasięgu ruchu pieszego, najsprawniej i najtaniej można rozwiązać przy pomocy kolei miejskiej, łączącej poszczególne jednostki osiedlenia w zespoły osiedleńcze. Nawet ogromne zespoły zdeglomerowane wzdłuż linii kolejowych, w których mniej więcej co 3 km może znajdować się przystanek, wokoło niego zaś miasto jednostkowe o zaludnieniu do 100 000 M, stwarzają korzystniejsze warunki i są tańsze i wygodniejsze do sfinansowania, niż rozbudowa sieci uliczno-drogowej w koncentrycznych, wielkich zespołach miejskich. Należy tylko przypomnieć, że jeden tor kolei osiedlowej odpowiada pojemności około 30 pasm ruchu drogowego, samochodowego, czyli szerokości arterii 90 m. Przy dojeździe koleją na przykład do śródmieścia zaoszczędza się – przy jednogodzinnym jej ruchu – około 67 ha parkingów. Zdeglomerowane zespoły osiedleńcze mogą być zatem nie tylko znacznie zdrowsze dla mieszkańców – pozwalają bowiem niezależnie od wielkości zespołów nawet wielomilionowych umieścić tanio wszystkie rodziny dzietne od M4 wzwyż w domach jednorodzinnych – ale również mogą dać ogromne oszczędności w uzbrojeniu terenu.

Jeśliby na przykład Warszawę budowano z pełnym wykorzystaniem istniejącej doskonałej zelektryfikowanej sieci kolei miejskiej PKP, wzdłuż linii otwockiej, mińsko-mazowieckiej, modlińskiej, kaliskiej, wiedeńskiej i radomskiej, zamiast ją rozbudowywać koncentrycznie, zwarto – uzyskałoby się nie tylko idealne, zdrowe warunki mieszkaniowe i bliskie drogi piesze do odpowiednio w regionie rozmieszczonych zakładów pracy. Oszczędziłoby się również miliardy złotych potrzebne w obecnym układzie na budowę gęstej sieci deficytowego metra, bez której komunikacja tak zwanego śródmieścia Warszawy jest teraz nierozwiązalna. (249-250)

System komunikacyjny, kolejowy i drogowy według H. L. Sierksa. Kliny zieleni dzielące organizm miasta dopełnił W. Czerny. (s. 75)

*

Celem nowoczesnej urbanistyki jest PERMAKULTURA!

Niesłychanie ważnym, a jakże często niedocenianym zagadnieniem gospodarki narodowej jest bilans płodów rolnych potrzebnych do wyżywienia osiedli miejskich i zagadnienie ścieków miejskich, jako rekompensaty wartości nawozowych, wyczerpywanych stale z gleb uprawnych oraz zagadnienie mas wody zużywanej przez miasta, wyczerpywanej nieraz już rabunkowo z zasobów terenowych. Spuszczanie nie oczyszczonych ścieków miejskich wprost do rzeki do morza – jak się to nawet zdarza w milionowych miastach i to już przez 3/4 wieku – jest wprost nieprawdopodobnym marnotrawstwem.

Jest to przecież nieodpłatny „eksport” środków nawozowych, wyczerpywanych z gleby, które uzupełniać trzeba stale wzrastającym zapotrzebowaniem nawozów, produkowanych chemicznie. Surowce do tej produkcji też nie są niewyczerpalne, a przecież ścieki miejskie odprzedane rolnictwu mogą wydatnie podnieść dochody gospodarki komunalnej, która przecież nie powinna być deficytowa. Również ogromne masy wody zawarte w ściekach muszą być przecież oddane na pokrycie deficytu wodnego w rolnictwie, który tak ostro występuje w wielu krajach.

Ścisła zatem symbioza osiedli miejskich z otaczającym je rolnictwem, pod względem gospodarki, ściekami i wodą, jest podstawowym wymaganiem oszczędnej gospodarki komunalnej i agrarnej zarazem. I w tej dziedzinie układy zdeglomerowane zespołów osiedleńczych (miast) mają ogromną techniczną i ekonomiczną wyższość nad „tradycyjnymi”, zwartymi megalopoliami, o koncentrycznym, pierścieniowym rozwoju.

Zamiast budowy wielkich oczyszczalni-fabryk, których przyszła wymagana pojemność przy dzisiejszym, lawinowym rozwoju miast nie da się przewidzieć, przejście na zdecentralizowane zaopatrzenie i odprowadzenie w obrębie poszczególnych miast jednostkowych, o statycznym zaludnieniu 100 000 M byłoby znacznie łatwiejsze i tańsze.

W tych warunkach bliski związek osiedla z terenami rolnymi, znajdującymi się już w odległości 1,5 km od środka osiedla, narzuciłby bezpośrednie sprzężenie gospodarki ściekowej tych miast jednostkowych z rolnictwem. Jak wykazuje praca doktorska inż. Kureczki, odprowadzanie ścieków przez zraszanie upraw jest zarówno w kosztach budowy, jak i eksploatacji wielokrotnie tańsze od wszelkich innych systemów, czyni zarazem zadość zasadniczemu wymaganiu zamkniętego bilansu gospodarki nawozowej między miastem a uprawą. Możliwości stopniowej rozbudowy tego systemu przy małych stosunkowo nakładach inwestycyjnych, czyni zarazem tę koncepcję finansowo realną. Jest to oczywiście sprawa wymagająca jeszcze gruntownych, fachowych studiów.

Na pewno istnieją też już tego rodzaju urządzenia; zapoznanie się z doświadczeniami praktycznymi oraz ich funkcjonowaniem byłoby niezmiernie pożyteczna. Studia te należałoby przeprowadzić właśnie pod kątem widzenia struktur zdeglomerowanych osiedli, które są chyba jedyną na przyszłość możliwą drogą rozwoju zdrowego i elastycznego osadnictwa miejskiego.

Zerwanie z „tradycyjnymi” formami osiedli miejskich, które wynikły z kapitalistycznej renty gruntowej i niewydolnej, starej techniki komunikacyjnej, jest zasadniczym warunkiem postępu technicznego i socjalnego w urbanistyce. (250)

[Czytaj blog permakultura.net jeśli nie wiesz co to Permakultura]

*

John Ormsbee Simonds: „Landscape Architecture”.

Odpowiedź architekta japońskiego na pytanie, jak uzyskać zgodność kompozycji architektonicznej z otoczeniem, z krajobrazem).

,,Jeśli projektuje czyjąś siedzibę, chodzę codziennie na te: kawałek ziemi, na którym ma się ją zbudować. Czasem udając się tam na wiele godzin zabieram z sobą matę i herbatę, to w spokojny wieczór, gdy cienie są długie, to w ruchliwej porze dnia, gdy ruch w ulicy tętni, a słońce świeci jasno i szeroko, to znów w śnieg, a zwłaszcza koniecznie w czasie deszczu, bo wiele można się nauczyć na takim kawałku ziemi patrząc na strugi deszczu, jak spływają naturalnymi ciekami.

Chodzę tam i bawię tam tak długo, aż go poznam. Uczę się jego wad: – uciążliwości ruchu na obok przechodzącej drodze – niekorzystnych kierunków wiatrów owiewających stojący tam dąb – nieprzyjemnego odcinka widoku na góry:- braku wilgoci w ziemi – bliskości domu sąsiada, co się tyczy stanu własności.

Poznaję i dobre właściwości terenu: -świetną grupę jesionów – szeroką półkę skalną wznoszącą się wysoko na wodospadzie, który spływa poniżej w głęboką kotlinkę – poznaję chłodne tchnienie letniego, miłego powiewu rozchodzącego się od wodospadu W otwartą przestrzeń. Odczuwam ten wspaniały, ostry zapach głęboko uwarstwionych paproci, gdy rankiem ciepłe słońce po nich igra. Ten zakątek ~ uświadamiam sobie – trzeba zostawić nietknięty.

Poznaję, gdzie słońce zjawia się wczesnym rankiem, gdy jego ciepło będzie najbardziej pożądane. Uczę się, które części będzie ono olśniewać swym światłem, gdy omiata ziemię swym gorejącym światłem W późne popołudnie i skąd zachód słońca wydaje się więcej ognisty w spokojnym mroku wieczoru. Podziwiam zmienne, świeże błyski barw jasnych bambusowego gaiku i godzinami patrzę na szkarłatnie czubatych śpiewaków tam się gnieżdżących i żywiących. Z wielką radością zaczynam wyczuwać subtelny związek między piętrzącymi się głazami granitowymi a spiętrzoną sylwetą gór granitowych za drogą. Mała to rzecz – zdawałoby się – ale ona mówi: „oto istota tej części kraju, oto jest jej duch. Zachowaj tego ducha a on przeniknie wasze ogrody, domy i na wskroś wasze życie.

Tak więc dochodzę do zrozumienia tej cząstki kraju, jej nastrojów, ograniczeń i możliwości. Dopiero wtedy mogę jąć się tuszu i pędzla i zacząć rysować plany. Lecz – o dziwo – całą ich strukturę W pełni zaprojektowana mam w myśli, za projektowana podświadomie, zupełną w każdym szczególe. Plan ten wziął swoją postać i charakter z tego kawałka ziemi i z drogi przy nim biegnącej, z złomu skalnego, z powiewu wietrzyka, z krążącego słońca, Z szumu wodospadu, z dalekiego widoku.

Znając właściciela i jego rodzinę, ich umiłowania i życie, które chcieliby mieć, znalazłem na tym kawałku ziemi dla nich postać mieszkania, które doprowadzi ich do najlepszego współżycia z ich ziemią i przestrzenią wokoło nich. Ten dom i układ, który tak zaprojektowałem, nie jest niczym więcej niż ukształtowaniem przestrzeni otwartej i zamkniętej w kamieniu, drewnie i ryżowym papierze, czarująco dostosowanym do środowiska ich życia na tym kawałku ziemi. Jakże możnaby lepiej zaprojektować inaczej tę siedzibę na tym kawałku ziemi?” Nie ma ku temu innej drogi. Ten sposób czy w Japonii, czy gdziekolwiek na świecie jest najprostszym warunkiem projektowania ludzkich siedzib, świątyń, miast, parków, przyrody i autodróg.

W Ameryce dobrze czy źle przystępujemy my planiści do naszych problemów w mniej kontemplacyjnym zakresie myśli. ,Jesteśmy mniej uczuciowi” (z czego jesteśmy dumni) i ,,bardziej praktyczni” (co jest patetycznym, błędnym określeniem). Żyjemy pod naciskiem czasu, ekonomii i współczesnego, społecznego temperamentu. (Słowa Johna Ormsbee Simonds).

Jakkolwiek słowa japońskiego mistrza nie odpowiadają już naszym warunkom życia, ponieważ tak unikalne projektowanie siedziby rodzinnej lub świątyni znajduje się już poza sferą naszych społecznych potrzeb, to jednak mają one chyba pełne zastosowanie – przy projektowaniu współczesnych osiedli zbiorowych, których „cykl dokumentacji” trwa kilka lat. Niestety jakże często projektanci zapominają o należytym poznaniu i potrzebie „zachowania ducha terenu”. (276-277)

I na koniec dwa zdjęcia Władysława Czernego.


Władysław Czerny (drugi z lewej) z Haliną Czerny-Stefańską i Ludwikiem Stefańskim przy Baszcie Jacek w Gdańsku, koniec lat 40. fot. http://wolneforumgdansk.pl/

Rok 1935, Lwów. Ludmiła i Władysław Czerny tuż po ślubie. fot. http://wolneforumgdansk.pl/